Dwa oblicza Kraków Kings, Armia Poznań tym razem poległa na wyjeździe

Dla Kraków Kings starcie w ramach 2. kolejki LFA1 było inauguracją sezonu 2019, na którym najprawdopodobniej pobity został dotychczasowy rekord frekwencji. Dla Armii Poznań to starcie na oczach około 700 kibiców było już natomiast drugim spotkaniem w tym sezonie. Goście przyjechali „w gazie”, ponieważ w poprzednim meczu pokonali Watahę Zielona Góra 13:6. W niedzielę nie udało im się jednak wywalczyć kolejnych punktów i to Królowie po niezwykle ciekawym starciu wygrali 32:14.

Pytając o klucz do poprzedniego zwycięstwa, została wskazana doskonała współpraca zawodników w formacjach – owoc dobrego zrozumienia z trenerem, pracy i późniejszej egzekucji założeń taktycznych. Przed meczem można było jeszcze usłyszeć o niepewności co do wyniku z racji osłabienia składu gości przez liczne kontuzje oraz trudne warunki narzucane przez Kings. Nikt nie zamierzał jednak się poddawać na starcie, dzięki czemu spotkanie było bardzo ciekawym widowiskiem. Mecz można podzielić na dwie połowy za sprawą dyspozycji gospodarzy, którzy „przespali” całą pierwszą część spotkania przegrywając ją 0:14 i całkowite zdominowanie przez nich wydarzeń na boisku po przerwie, poparte zdobyciem 32 punktów przy zerowej stracie.

Przez pierwsze dwie kwarty gospodarze nie umieli znaleźć odpowiedzi na ofensywę drużyny z Poznania. Ogromny wkład w taki obrót spraw w tej części spotkania miał Tomasz Gajewski, którego szarż Krakowianie nie byli w stanie powstrzymać w żaden sposób. Ten fakt nie może dziwić, gdyż należy przypomnieć, iż to właśnie ten zawodnik wywalczył oba przyłożenia w ubiegłotygodniowym starciu z Watahą Zielona Góra. Duży nacisk na grę biegową był kluczem do sukcesu poznaniaków w pierwszej połowie. W ten sposób w 2. kwarcie po doprowadzeniu piłki na niecałe 10 jardów, doskonałym podaniem do Przemysława Szukały mógł popisać się Witold Gajewski wyprowadzając swoją drużynę na pierwsze prowadzenie w meczu. Szerokie zagrywki do długich podań dawały sporo miejsca do kolejnych ataków m.in. wspomnianego running backa Tomka Gajewskiego z Armii. Tego samego niestety nie można napisać o ofensywie drużyny z Krakowa, która w zasadzie nie istniała przez pierwszą kwartę. Kolejne podania sprowadzonego przed tym sezonem Tivona Cooka nie mogły znaleźć drogi do rąk kolegów z drużyny. Jedynym jasnym punktem w ofensywie był przesunięty z konieczności do roli biegacza Filip Mościcki, który raz za razem próbował przepchnąć się w kierunku pola punktowego, jednak bez odpowiedniego wsparcia nie był w stanie sam nic zdziałać. Dopiero pod koniec drugiej kwarty gospodarze zaczynali powoli budzić się z letargu zarówno w ataku, jak i w obronie. Nie wystarczyło to jednak do powstrzymania graczy Armii, a szczególnie Jana Budzińskiego, który po tym jak uciekł obrońcom, odebrał podanie z przeszło 25 jardów od Witolda Gajewskiego i zaliczył jeszcze jedno przyłożenie dla swojej drużyny, po raz drugi celnie podwyższone kopnięciem.

W drugiej połowie zobaczyliśmy zupełnie inną drużynę krakowian. Kings zdominowali całkowicie wydarzenia na boisku od samego początku trzeciej kwarty. Ofensywa była cały czas ciągnięta przez będącego w znakomitej formie Filipa Mościckiego, do którego wreszcie dołączyli koledzy z drużyny. Podania Cooka były dużo precyzyjniejsze i pozwalały na błyskawiczne zdobywanie kolejnych jardów przez gospodarzy. A tych nie mieli do przebycia zbyt wielu. Trzykrotnie bowiem poznaniacy nie byli w stanie przenieść piłki chociażby za połowę boiska – dwukrotnie przez nieudane próby wykopu piłki po niewykorzystanych próbach w ofensywie, która przestała działać w tak znakomity sposób w porównaniu do pierwszej części spotkania. Duża w tym zasługa defensywy Kings, która również grała dużo pewniej, niż przez wcześniejsze kwarty. Na wyróżnienie zasługują także gracze z drużyn specjalnych, którzy dali z siebie wszystko i ich wkład w zwycięstwo był ogromny. Bez skutecznych zatrzymań prób szarż Armii po kickoffach, tak imponująca seria kolejnych przyłożeń nie byłaby możliwa. Zabrakło skuteczności i skupienia po stronie gości, co było bardzo widoczne. Nie tylko nie mogli oni złapać rytmu z pierwszej połowy, ale również pogrążyły ich błędy (np. upuszczenie piłki tuż przed endzone), które to Królowie w większości przypadków potrafili zamienić na punkty. W takich okolicznościach seria 17:0 w trzeciej kwarcie dla Kings przestaje być zaskoczeniem. Punkty zdobywali kolejno – pozyskany niedawno z Mustangs Płock Przemysław Pawłowski, po urwaniu się obrońcy w endzone i pewnym odebraniu podania od Tivona Cooka z 10 jardów, Marcin Masłoń – po celnym field goal’u z 27 jardów oraz Szymon Wesołowski po skutecznym, 7-jardowym przedarciu się przez obronę Poznaniaków.

Również czwartą kwartę gospodarze rozpoczęli mocnym uderzeniem, zdobywając kolejno 9 punktów. Pierwsze dwa po błędzie Armii przy wyprowadzeniu piłki, a następnie po przyłożeniu Jarosława Barana. Po oddaniu piłki przez Cooka dokonał on niesamowitej szarży, której nie powstydziłby niejeden zawodnik NFL, przebiegając prawie 40 jardów. Poznaniacy próbowali jeszcze poderwać się do walki zmieniając taktykę ofensywną na dużo szybsze i krótsze podania, co zaskoczyło lekko rozkojarzonych krakowian. Szczególnie dobrze w tym fragmencie spotkania wyglądała współpraca Witolda Gajewskiego z Janem Budzińskim, który to w pierwszej połowie spotkania zdobył przyłożenie. Defensywa gospodarzy szybko znalazła jednak na to receptę, odzyskując posiadanie piłki dla kolegów z ofensywy, którzy długo, ale konsekwentnie zdobywali jard po jardzie dzięki kolejnym celnym podaniom swojego kanadyjskiego rozgrywającego i zdążyli zapisać na swoje konto jeszcze jedno przyłożenie. Piłka wyprowadzona była z 10 jarda, a podanie quarterbacka krakowian, pod silną presją obrońcy, zdołał odebrać po raz kolejny Przemysław Pawłowski. Tym samym nie tylko otworzył on worek z punktami na początku drugiej połowy, ale postawił również „kropkę nad i” tuż przed gwizdkiem kończącym spotkanie.

W najbliższą sobotę Kraków Kings będą próbowali wygrać z niepokonaną do tej pory drużyną Panthers we Wrocławiu. Armia Poznań będzie rywalizowała natomiast w niedzielę z Rhinos Wyszków, którzy jak na razie nie odnieśli żadnego zwycięstwa w tym sezonie. Dla wielkopolan będzie to pierwszy w ich historii mecz przed własną publicznością.

Rafał Rutkowski
Biuro Prasowe LFA

fot. Michał Łapczyński