Bez niespodzianki w Tychach, Falcons gromią Watahę Zielona Góra

W spotkaniu kończącym 4. kolejkę LFA1 Tychy Falcons pewnie pokonali Watahę Zielona Góra 41:6. Sokoły tym samym na półmetku sezonu zasadniczego plasują się na pozycji wicelidera grupy południowej, natomiast beniaminek po trzech rozegranych meczach legitymuje się bilansem 1-2.

Już pierwsza seria ofensywna zielonogórzan pokazała, że Falcons to zdecydowanie najlepsza drużyna, z jaką Wataha miała okazję się mierzyć w Lidze Futbolu Amerykańskiego. Rozgrywający gości Kenyatte Allen za długo zwlekał z oddaniem piłki, co ostatecznie skończyło się sackiem w trzeciej próbie i po chwili wicemistrzowie LFA2 musieli oddać futbolówkę przeciwnikom. Falcons nie zaczęli jednak najlepiej, ponieważ swojego pierwszego w tym spotkaniu posiadania nie potrafili zamienić na punkty. Nie udało się przyłożyć, dlatego w ostatniej próbie Krzysztof Richter podszedł do wykonywania niespełna 30-jardowego field goala, który okazał się niecelny. Beniaminek ponownie przeszedł więc do ofensywy i po raz kolejny o sile obrony tyszan przekonał się ich amerykański quarterback, który został przez kilku graczy Falcons „sprowadzony do parteru”. Zielonogórzanie po raz drugi musieli ratować się puntem, który zakończył się dla nich niezwykle szczęśliwie. Futbolówka bowiem odbiła się od gracza gospodarzy, dzięki czemu szybko mógł dopaść do niej jeden z podopiecznych Michaela Sholarsa, co dało jego drużynie pierwszą próbę. Lubuscy kibice zgromadzeni na obiekcie w Tychach nie mogli się jednak długo cieszyć z posiadania piłki, ponieważ Allen posłał podanie wprost w ręce Tobiasza Witalisa. Rozpoczęło to atak Falcons, który wreszcie zakończyli oni zdobyciem punktów po 14-jardowym biegu w pole punktowe Keitha Raya. Po celnym kopnięciu Krzysztofa Richtera sędzia zakończył pierwszą kwartę, a wynik brzmiał 7:0.

Kenyatte Allen grał dzisiaj na granicy ryzyka, które niejednokrotnie nie popłacało. Dwa razy w pierwszej połowie meczu miał on jednak szczęście, ponieważ defensorzy tyszan nie potrafili opanować piłki po niemal przechwyconych podaniach. Kilka minut później Amerykanin jednak zapłacił za swoją nonszalancję, pozwalając świetnie ustawionemu Tobiaszowi Witalisowi na zanotowanie drugiego w tym starciu interception. Utalentowany defensive back Falcons zaprezentował także akcję powrotną, która nie zakończyła się co prawda przyłożeniem, jednak znacznie przybliżyła podopiecznych Michała Kołka do pola punktowego Watahy. Nie minęło wiele czasu, a z przyłożenia po krótkim biegu cieszył się Arkadiusz Kanicki, który w drugiej części mecz zaprezentował takie niemal dwie bliźniacze akcje, co dało Sokołom łącznie 12 „oczek”. Jeśli dodamy do tego dwa celne podwyższenia za jeden punkt Krzysztofa Richtera, otrzymamy wynik tego meczu po pierwszej połowie – 21:0.

Po powrocie z szatni obraz gry nie uległ radykalnej zmianie i nadal tempo temu widowisku nadawali gospodarze. To słowo pasuje zwłaszcza do opisu pierwszego przyłożenia z trzeciej kwarty autorstwa Grzegorza Dominika, który „zatańczył” z obrońcami beniaminka i po wymanewrowaniu kilku rywali i zbiegnięciu na lewą stronę, mógł cieszyć się ze sfinalizowania przyłożeniem 66-jardowej akcji podaniowej. Fantastyczne zawody rozegrał natomiast w obronie Falcons Tobiasz Witalis, który w tej części meczu zanotował trzecie już interception dzisiejszego dnia. Rozpoczęta przez niego seria ofensywna gospodarzy skończyła się koniecznością punta, po którym jednak tyszanie odzyskali piłkę. Jeden z graczy Watahy bowiem złapał futbolówkę i chciał spróbować akcji powrotnej, jednak błyskawicznie otrzymał niespodziewany, potężny cios od LaParisha Lewisa, co skutkowało zgubieniem piłki, nakrytej po chwili przez Jacka Wróblewskiego. Trzecią kwartę półfinaliści sezonu 2018 zakończyli przyłożeniem po 5-jardowym biegu Keitha Raya i celnym kopnięciem Krzysztofa Richtera, które wprowadziło zasadę „mercy rule”.

Gdy wydawało się, że goście nie będą w stanie poważnie zagrozić przeciwnikom i czeka ich jeszcze przyjęcie kilku przyłożeń, ze świetnej strony pokazał się Kenyatte Allen. Amerykanin znowu zagrał bardzo ryzykownie, urywał się kolejnym rywalom i gdy można było pomyśleć, że akcja zakończy się sackiem, posłał futbolówkę do kompletnie niepilnowanego Krystiana Wójcika, który zanotował honorowy touchdown dla gości z Zielonej Góry. Próba podwyższenia za dwa punkty nie przyniosła efektów, bowiem podanie Cezarego Szczęsnego nie znalazło adresata.

Nie czekaliśmy długo na odpowiedź tyszan, którzy zaskoczyli przyjezdnych desygnowaniem do ofensywy LaParisha Lewisa. Amerykanin zameldował się w polu punktowym po 8-jardowym biegu, jednak arbitrzy dopatrzyli się przewinienia po stronie Falcons i nie zaliczyli im tego przyłożenia. Po kolejnych błędach ataku gospodarzy, sędziowie cofnęli ich w sumie o ponad 20 jardów, co znacznie utrudniło Sokołom zdobycie punktów. W ostatniej szansie próbowali oni jeszcze kopnięcia z pola, lecz zostało ono zablokowane. Ataku Watahy nie było już stać na więcej akcji punktowych, natomiast Falcons w ostatnich sekundach zamiast zadowolić się zwycięstwem 35:6, nie zaprezentowali „kolanka”, a dążyli do powiększenia przewagi, co udało im się w ostatniej akcji tego spotkania. Wynik na 41:6 ustalił Konrad Kondraciuk.

Bardzo cieszymy się z kolejnej wygranej w sezonie. Wataha pokazała się jako solidna i dobrze zorganizowana drużyna, która nie zamierzała łatwo się poddać. Brak urazów w meczu oraz możliwość gry zawodników rezerwowych sprawiły, że był to bardzo produktywny pojedynek. Od jutra czas na przygotowania przed meczem z Armią – powiedział po tym spotkaniu Michał Kołek, trener główny Tychy Falcons.

Po czterech meczach rozegranych w cztery tygodnie, ekipę tyskich Sokołów czeka teraz spora przerwa. Następny mecz rozgrają dopiero 5 maja, kiedy to na Śląsk zawita Armia Poznań. Wataha Zielona Góra natomiast do ligowej rywalizacji powróci od razu po obowiązkowej przerwie świątecznej – 27 kwietnia przy Botanicznej 66 stawią się gracze Rhinos Wyszków.

Mariusz Kańkowski
Biuro Prasowe LFA

fot. Jean-François Nicollet