Jastrzębie wciąż niepokonane, Warsaw Mets wrócili z Gdyni na tarczy

W najciekawiej zapowiadającym się meczu 4. kolejki LFA1 Seahawks Gdynia pokonali na własnym terenie Warsaw Mets 25:7 i wciąż obok Panthers Wrocław pozostają jedną z dwóch niepokonanych w tym sezonie na ligowych boiskach ekip w naszym kraju.

Już od początku niedzielnego starcia na Narodowym Stadionie Rugby, Jastrzębie miały wyraźnie utrudnione zadanie. Philip Juhlin – ich podstawowy rozgrywający, dwa tygodnie wcześniej przeciwko Tychy Falcons został bowiem dotkliwie poturbowany i sztab trenerski na pojedynek z Warsaw Mets zdecydował się od pierwszych minut na jego pozycji postawić na innego Amerykanina, Barrona Millera. Nominalny linebacker koncentrował się więc przede wszystkim na akcjach biegowych i krótkich podaniach. Widać było brak pewności tego gracza na nienaturalnej dla siebie pozycji, z czego w pierwszej kwarcie skorzystał między innymi Mateusz Szczęk, który popisał się sackiem. Nie było natomiast zaskoczeniem, że goście ze stolicy przede wszystkim próbowali gry górą, co w pierwszej części gry nie przyniosło jednak żadnych efektów i po obu stronach oglądaliśmy przede wszystkim punty.

Quarterback przyjezdnych, Terrance Owens na obiekcie w Gdyni mógł czuć się jak u siebie, ponieważ w sezonie 2016 dowodził on atakiem Seahawks. I to właśnie jego 18-jardowe podanie w pole punktowe do Jana Omelańczuka otworzyło wynik tego meczu. Podwyższył Kamil Ronczka i niespodziewanie to Warsaw Mets objęli prowadzenie. Ich radość trwała jednak dosłownie chwilę. Po kickoffie akcją powrotną na połowę warszawian gospodarzy wprowadził Arkadiusz Cieślok, a już w następnej zagrywce solowym, 44-jardowym biegiem opisał się Barron Miller i po celnym podwyższeniu Macieja Siemaszko mieliśmy remis 7:7. Gra Seahawks Gdynia nie wyglądała w pierwszej połowie na pewno tak, jak życzyłby tego sobie trener Mele Mosqueda. Gospodarze w drugiej kwarcie popełnili błąd przy puncie rywali, co poskutkowało przechwyceniem piłki przez Jakuba Krysiaka i pozostaniem Mets w ataku. Ta seria ofensywna nie przyniosła jednak gościom przyłożenia. W ostatniej próbie próbowali oni jeszcze field goala, lecz z odległości 39 jardów będący pod presją rywali Kamil Ronczka nie zdołał nawet dokopać do bramki i futbolówka przeszła w posiadanie Jastrzębi, które były bardziej skuteczne. W kolejnej serii ofensywnej co prawda nie odwrócili oni losów meczu, ale warszawianie również nie byli w stanie za wiele zdziałać. Terrance Owens był skutecznie pilnowany przed defensywę Seahawks, w której z dobrej strony pokazał się Hubert Chudy, powalając amerykańskiego rozgrywającego przyjezdnych. Na końcówkę pierwszej połowy Mele Mosqueda zdecydował się wpuścić na boisko swojego podstawowego rozgrywającego. Philip Juhlin już w swojej pierwszej serii ofensywnej tego dnia popisał się dalekim podaniem, które w połączeniu z twardym utrzymaniem się na nogach w wykonaniu Piotra Rudnickiego dało przyłożenie po 40-jardowej akcji. Próba podwyższenia za jedno „oczko” została zablokowana, więc Seahawks Gdynia schodzili do szatni z prowadzeniem 13:7.

Trzecia część tego starcia nie obfitowała w akcje punktowe, jednak z biegiem czasu coraz bliżej endzone’u Seahawks znajdowali się stołeczni gracze. Na początku czwartej kwarty duet Terrance Owens – Jan Omelańczuk miał szansę zaprezentowania niemal identycznej akcji, jak ta, która dała Mets prowadzenie. Amerykanin posłał dokładne podanie, jednak znajdujący się w polu punktowym skrzydłowy gości nie zdołał utrzymać piłki w rękach. Stare sportowe porzekadło mówi, że niewykorzystane sytuacje się mszczą i tak właśnie było w niedzielę. Grę Seahawks w tym meczu można podzielić na dwie zupełnie różne części – jedną gdy na pozycji rozgrywającego widzieliśmy Barrona Millera i drugą, gdy na plac gry desygnowany został Philip Juhlin. W czwartej kwarcie wreszcie ponownie zobaczyliśmy reprezentanta Szwecji na placu gry i postawa Jastrzębi znacznie się poprawiła. Amerykanin z europejskim paszportem co prawda kilka minut po wróceniu na boisko został powalony przed linią wznowienia akcji przed TJ-a Richardsona, jednak finalnie jego pojawienie się na murawie odmieniło gdynian, którzy swoją minimalną przewagę powiększyli po 36-jardowej akcji podaniowej wykończonej przez Piotra Rudnickiego. Maciej Siemaszko ponownie nie zdołał dopisać d konta swojej drużyny jednego punktu, tym razem kopiąc obok słupka. Piotr Rudnicki został w niedzielę bez dwóch zdań bohaterem Seahawks, ponieważ to jego trzecie tego dnia przyłożenie, tym razem po 6-jardowej akcji podaniowej ostatecznie ustaliło wynik meczu na 25:7. W końcówce sack na rozgrywającym Warsaw Mets udało się jeszcze zaliczyć Arkadiuszowi Cieślokowi, lecz nie cofnęło to ostatecznie ataku gości z uwagi na przewinienie po stronie gdynian. Stołeczny zespół nie był już w stanie zameldować się w polu punktowym i musiał pogodzić się z drugą w swojej historii porażką.

– Do meczu przygotowaliśmy się solidnie, ponieważ zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że mecz z Warsaw Mets nie będzie należał do najłatwiejszych. Jestem dumny z obu naszych formacji, zarówno ofensywnej jak i defensywnej, bo pokazaliśmy kawał dobrego futbolu. Przeciwnicy z Warszawy również dali z siebie wszystko, czego się spodziewaliśmy. Muszę wspomnieć o akcjach Piotra Rudnickiego i Jakuba Mazana, którzy dali do zrozumienia, że poziom futbolu amerykańskiego w Polsce jest z meczu na mecz jest coraz lepszy. Kolega z drużyny Barron Miller wykazał się zdolnościami przywódczymi i odwagą, biorąc na siebie grę w dwóch formacjach, przy czym sam zdobył przyłożenie. Pozostaje Nam tylko wyciągnąć wnioski z błędów, które popełniliśmy w poprzednich meczach oraz porządnie przygotować się na starcie z Mistrzem Polski z 2018 roku – powiedział po meczu Miłosz Góralski, running back Seahawks Gdynia.

Gdynian po przerwie świątecznej czeka niezwykle trudny mecz. 27 kwietnia o godzinie 12:00 rozpoczną oni bowiem spotkanie wyjazdowe z Lowlanders Białystok – ekipą, która przed rokiem pozbawiła ich udziału w Polish Bowl, wygrywając w półfinale 33:16. Warsaw Mets będą mieli również niełatwą przeprawę. Dzień później, w niedzielę 28 kwietnia o godzinie 14:00 przy Konwiktorskiej 6 w Warszawie podejmą oni bowiem Kraków Kings.

Jestem dumny z naszych zawodników, widzę między nimi coraz lepszą komunikację na boisku. To był wyjątkowy mecz, gdzie na pozycji rozgrywającego zobaczyliśmy Barrona Millera, co musiało być dla wszystkich zaskoczeniem. Wszyscy zawodnicy Seahawks zasługują na wyróżnienie, bo wspólnie działając osiągnęli świetny wynik! Nie osiadamy jednak na laurach i przygotowujemy się do kolejnego meczu. Gratuluję także ekipie Warsaw Mets, bo rozegrali naprawdę dobre i solidne spotkanie. To nie był łatwy mecz, warszawscy zawodnicy są twardzi, grają bardzo dobry futbol i życzę im jak najlepiej w dalszej części sezonu – podsumował dyrektor Seahawks Gdynia, Patryk Markowski.

Mariusz Kańkowski
Biuro Prasowe LFA

fot. Zofia Roszkowska